|
|
|
Xerox liderem rynku usług zarządzania drukiem
23.04 11:35
Wsparcie dla całej sprzedaży
06.02 13:48
Jak zatrzymać klienta?
06.02 13:46
Knowledge Process Outsourcing w Polsce
06.02 13:43
Rzetelny Outsourcer 2011 – raport podsumowujący
06.02 13:38
Sektor nowoczesnych usług biznesowych
30.11 10:11
|
Telekomunikacja i co dalej?
Z Tomaszem Kulisiewiczem, analitykiem rynku telekomunikacyjnego, o przyszłości i wyzwaniach branży, rozmawia Sebastian Kanikuła.
Patrząc globalnie i obserwując trendy, można przypuszczać, że ogromną role na dzisiejszym rynku telekomunikacyjnym odgrywają regulatorzy. To prawda, ale oni też borykają się z kilkoma problemami. Komisja Europejska na przykład kiedyś za bardzo zapędziła się w dzielenie rynku (patrząc pod kątem oceny konkurencyjności podmiotów w poszczególnych segmentach). Poszczególne segmenty rynku bardzo się zazębiają. Tymczasem z punktu widzenia formalnego jest on bardzo podzielony np. oddzielnie rynek dostępu od Internetu, rynek łącz dzierżawionych podzielony na rynek łącz dzierżawionych w segmencie dostępowym, i w segmencie dalekodystansowym itp. Tymczasem życie jest inne. Są operatorzy, którzy są wszędzie i operują w większości tych segmentów, a są także tacy, którzy operują tylko np. w segmencie dostępowym. Na przykład „radiowcy”. Ci wszyscy, którzy nie mają łącz dalekodystansowych przez całą Polskę, ale mają ten najważniejszy fragment dostępowy, z którego korzysta klient, łącza między własnymi punktami wynajmują i dzierżawią na przykład u operatorów działających odwrotnie. Jak Telekomunikacja Kolejowa, która ma w zasadzie głównie światłowody dalekodystansowe. A zatem ocena podmiotów operujących na tych przenikających się rynkach pod kątem konkurencyjności staje się niezwykle skomplikowana. Choćby przez to, że analiza tych wydzielonych rynków, musi zawierać także dodatkowo ocenę oddziaływania badanych rynków na wszystkie pozostałe. To prowadziło do kuriozalnej sytuacji. Najpierw należało zbadać, czy dany rynek jest konkurencyjny, czy nie, a później określić, kto jest na tym rynku podmiotem o znaczącej pozycji, by wyznaczyć mu obowiązki. Regulatorowi to zajmowało minimum trzy lata, jeśli chciał to robić porządnie. I nim takie postępowanie się zakończyło (a operatorzy mogli się od tego jeszcze odwoływać), to sytuacja na tym rynku i na rynkach ościennych zmieniała się diametralnie. Jakie jest w tej chwili zatem stanowisko Komisji? Teraz Komisja zmienia liczbę tych rynków z 18 na 12, określając, że te 6 jest już jest rynkami konkurencyjnymi (bo jest na nich kilku czy kilkunastu operatorów). Jak w takiej sytuacji funkcjonują zatem operatorzy? Te wszystkie badania są niejako niezależne od rynku. To znaczy firmy robią swoje. Najwyżej gdzieś tam po drodze potkną się o regulatora i będą musiały na przykład wykazać się księgowością regulacyjną. To znaczy? Pojęcie księgowości regulacyjnej jest dość specyficzne. Normalnie usługa czy produkt kosztuje w zasadzie tyle, ile klient jest w stanie za nią zapłacić (pomijając bezpośrednie koszty jej wytworzenia). W telekomunikacji popadamy jednak w pewną skrajność. Operator musi wykazać, że rozmowa, która kosztuje przykładowo 9 groszy za minutę, jest rzeczywiście uzasadniona kosztowo. Że na tę cenę składają się koszty: przełączenia rozmowy, pomalowania budynku, obsługi serwisowej itd. I każdą tę pozycję trzeba szczegółowo rozpisać. Przy bardzo złożonych modelach działalności operatora, który jest operatorem transmisji telewizji cyfrowej, Internetu i usług konwergentnych, nie jest w zasadzie możliwe takie uszczegółowienie, bo rośnie wykładniczo poziom komplikacji. Taką księgowość, po pierwsze, coraz trudniej robić, po drugie – ona ma coraz mniejszy sens. Na jej podstawie budowane są poważne modele ekonometryczne, a na ich podstawie z kolei regulator bada, czy operator celowo nie utrzymuje cen na określonym poziomie, np. żeby zniszczyć konkurencję. Tego typu zagrywkę stosowano nagminnie. Może Pan podać przykład? Przykładem jest sztucznie rozpięta różnica cen pomiędzy połączeniami krajowymi a zagranicznymi. Czy nawet lokalnymi a międzymiastowymi. Owszem, 50 lat temu ta sytuacja była uzasadniona, ponieważ położenie 20 kilometrów kabla było droższe niż położenie 5 kilometrów, ale ta infrastruktura zamortyzowała się dziesiątki lat temu. Obecnie z punktu widzenia operatora rozmowy lokalne powinny być droższe niż międzymiastowe. Chodzi o liczbę przełączeń między centralami. Tak jest już na przykład w Czechach gdzie w określonej godzinie bardziej opłaca się zadzwonić do innego miasta niż do sąsiada z innej dzielnicy. Podam inny przykład – w 1999 roku koszt utrzymania jednego kanału głosowego, nowo położonego kabla atlantyckiego wynosił 3,5 dolara. Rocznie. A przecież jeszcze sprzedawali połączenia głosowe za minutę. Który z tych rynków wydaje się z tego punktu widzenia najciekawszy? Bardzo konkurencyjny robi się rynek segmentu dalekodystansowego. W ziemi leżą kilometry niemal zupełnie niewykorzystanych światłowodów. Współcześnie nie kładzie się kabla, który ma mniej niż 128 włókien (innego nie opłaca się nawet produkować). Tymczasem, jeśli dzisiaj kładzie się światłowód i znajdzie się klienta, chociaż na jedno włókno, to jest bardzo dobrze. Pozostałe to są tzw. ciemne włókna, które czekają na kolejnego klienta, które można sprzedać na różne sposoby, na różne sposoby udostępnić. Ale proszę zauważyć, że dzisiaj technologia tak poszła naprzód, iż na zaledwie jednym włóknie, które można podzielić na odpowiednie pasma, można „posadzić” kilku klientów. Możliwości przesyłowe w tej technologii są takie, że teoretycznie na jednym włóknie światłowodu można przetransmitować wszystkie rozmowy telefoniczne dwóch miliardów użytkowników telefonii całego świata. Jeden światłowód ma większe możliwości niż całe pasmo radiowe. Jak zatem, Pana zdaniem, można uregulować ten sektor? Rynek będzie dążył do samoregulacji. Jednym z modeli regulacji, zupełnie przyszłościowym, jest wyjście z regulacji sektorowej i przejście na ogólne regulacje prawa konkurencji. Czyli pozostawiamy wszystko „niewidzialnej ręce rynku”. Ale nie jest to jeszcze możliwe – tempo zmian jest po prostu za duże, a dodatkowo przez ostatnie 100 lat na tym rynku panował sztucznie utrzymywany monopol. I dzisiaj na tych podwalinach trzeba teraz budować warunki rynkowe. Nie da się tego pozostawić sobie. Ja sam jestem przeciwnikiem tak sztywnej regulacji, takiego przeregulowania, ale całkowicie rynku uwolnić się nie da. A jak wygląda dzisiaj ten aspekt regulacji w praktyce? W tej chwili na rynku trwa pewnego rodzaju gra z regulatorem. Ale to jest tendencja europejska, a nie tylko specyfika naszego rodzimego rynku. Operatorzy mają kilka strategii. Walczą na przykład „na każdym okopie do ostatniego żołnierza” (czyli prawdziwa walka z regulatorem), albo stosują taktykę „ucieczki do przodu” (operator stara się wyprzedzić zalecenia regulatora). Regulator powie na konferencji – „dobrze by było mieć takie, a nie inne stawki na tę usługę”, a operator na drugi dzień stosuje je w swojej ofercie. Taka taktyka z pewnością nie jest mile postrzegana przez innych operatorów na rynku. Tacy operatorzy często są oskarżani o dumping. Uciekają do przodu, zostawiając pozostałych operatorów w tyle. I w rezultacie mają problemy z akcjonariuszami. Taka praktyka często bowiem prowadzi do zniżki kursu akcji. Operator jest oczywiście dobrze postrzegany przez konsumentów, ale to nie oni kupują jego akcje. No i oczywiście między tymi skrajnościami jest cały obszar działań pośrednich. Ostatnia opcja polega na zręcznej współpracy z regulatorem, negocjowanie rozliczeń wspólne ustalanie pewnych wytycznych – nie jest to jednak taktyka dla wszystkich. Przykłady różnie funkcjonujących telekomów w Europie można mnożyć. Tutaj od strony biznesowo-regulacyjno-organizacyjnej dzieje się bardzo dużo rzeczy naraz, a tym czasem zbliża się totalna zmiana technologii. Czyli czego możemy się spodziewać? Na przykład konwergencja, która tak na prawdę jeszcze się nie skończyła. Przykładem przetarg (który się jeszcze nie skończył – wpadliśmy w pułapkę źle sformułowanych warunków przetargowych i proces ten jest wstrzymany,) na 317 obszarów lokalnych w technologii WiMAX. Jest to bardzo przyszłościowy segment – technologia transferu, która umożliwia skuteczne zarządzanie pasmem. Na razie ta technologia jest jeszcze mało wykorzystywana i propagowana, ale to kwestia czasu, kiedy „wielcy” zdecydują się na jej globalne wykorzystanie. I niedługo może się zdarzyć, że tak jak z technologią WiFi, będziemy mogli kupić karę WiMAX za promocyjną złotówkę. I to zmieni wszystko. Wydaje się, że nastąpi to niedługo, około roku 2007-2008. Kto na tym może skorzystać? Oczywiście użytkownicy końcowi. Tej technologii bardzo uważnie przyglądają operatorzy komórkowi. Już w tej chwili są telefony, które potrafią niezależnie od użytkownika, przełączać się automatycznie na standard WiFi, jeśli znajdą się w jego zasięgu. Jeśli WiMAX podobnie się upowszechni, to należy się zastanowić, po co nam GSM? Jeśli wejdziemy w technologię WiMAX, która zapewni pokrycie przynajmniej stref aglomeracji (np. „zaledwie” 30 km), to możemy mieć sytuację, że nasz telefon będzie działał zupełnie poza GSM. Mamy „voice over WiMAX”. Ze strony technicznej nie ma żadnych przeszkód, by to zadziałało. Nie ma problemu, by zrobić aparat telefoniczny, który dynamicznie będzie przełączać się sam pomiędzy systemami, w zależności od tego, w zasięgu którego z nich się znajduje – bluetooth, WiFi, WiMAX, GSM, a nawet łączność satelitarna itp. To już działa np. w ramach usługi BT Fusion, dostępnej w Wielkiej Brytanii, która umożliwia komunikację za pośrednictwem sieci GSM bądź UMTS, ale jeśli w zasięgu pojawia się sygnał WiFi, połączenie automatycznie kierowane jest na tańsze łącza. Generalnie taki system daje możliwość zastosowania mechanizmów nawet lepszych niż w GSM. Oczywiście trudno będzie wtedy rozwiązać problem rozliczeń pomiędzy operatorami. Sytuacja jest o tyle w tej chwili mało komfortowa dla operatorów, że nie wiedzą, co zrobić z technologią 3G. Stoją przed problemem, czy dalej to rozwijamy, idąc w stronę 4G, 5G itd. czy też lepiej machnąć na to ręką. Na razie wydaje się, że po prostu muszą iść do przodu z UMTS-em. Zwłaszcza operatorzy europejscy, którzy w koncesje zainwestowali wręcz zwariowany kapitał. Jaki to może mieć wpływ na polski rynek? Jeśli uda się sfinalizować przetarg i jednocześnie beneficjenci tego przetargu podejdą do zagadnienia poważnie i odpowiedzialnie (czyli nie będziemy mieli sytuacji uwikłania sie w jakieś partykularne interesy, lub próby przyblokowania technologii na zasadzie „kupimy i poczekamy, co się będzie działo”), to Polska ma szansę znaleźć się w czołówce rozwoju tej technologii. Bo mamy spory potencjał – duża liczba ludności, niezbyt wysokie nasycenie w telefony komórkowe i do tego zaczyna być coraz bardziej widoczna (powszechna na świecie) tendencja do spadku liczby telefonów stacjonarnych. Ale to wymaga chyba zmiany podejścia operatorów? Oczywiście, operatorzy będą zmuszeni to zrewidować. Pomijając fakt, że czeka nas jeszcze kolejna zmiana numeracji kierunkowej (w celu ujednolicenia), to komórki pokazały, że obecnie nie ma różnicy między czasem i odległością. Taryfa komórkowa nie jest zależna od odległości połączenia pomiędzy dwoma abonentami. Zbliża się czas stałych abonamentów, plus to, co się dzieje w GPRS, czyli zacznie się licznie kosztu przesyłu danych. Coraz więcej rozmów będzie przechodziło w abonament. Wszystko będzie sprowadzać się do prawidłowego (zgodnego z preferencjami) wybrania abonamentu dostępowego, a nie taryfikacji. Bo tu jest problem znany od dawna operatorom – za dużo zaczyna kosztować liczenie. Wpływy z rozmowy są porównywalne z kosztami jej liczenia, taryfikacji, bilingowania i opłacania. Dla operatora bardziej zaczyna się opłacać przejście klienta na zryczałtowany abonament. To jest tendencja, którą idzie cały świat. Jest ważne właśnie w przypadku usług konwergentnych, które są realizowane właściwie dowolną metodą. W innym przypadku należałoby zacząć budować nowe modele ekonometryczne dla wszystkich rodzajów połączeń, jakie (niezależnie od naszej świadomości) wykonuje nasz aparat, przełączając się płynnie pomiędzy technologiami. Wszystko zmierza do uproszczenia. Proszę zauważyć, że obecnie operatorzy komórkowi mają w sumie ponad 200 planów taryfowych – tylko cennikowych. I widać wyraźnie, że elementem przetargowym w takich tanich ofertach jest uproszczenie. Biorąc jednak pod uwagę skomplikowanie nowoczesnych usług, można się chyba spodziewać nie uproszczenia, ale dalszej komplikacji rozliczeń? Niekoniecznie. W przypadku usług konwergentnych trzeba mierzyć tak naprawdę pobierany kontent. Problem jest natomiast innego rodzaju. Jedna usługa to wiele kanałów – można przecież jednocześnie pobierać obrazki, oglądać mecze piłkarskie czy robić zakłady w Internecie. Aby skutecznie rozliczyć klienta z usługi, należy naliczać należność za każdy bit informacji, które się pobiera. A to oznacza wejście w strefę zarządzania prawami cyfrowymi. Bo, aby określić wielkość pobieranych danych, należy śledzić użytkownika. Można to porównać do prostej analogii. Siedząc przy komputerze, korzystając z Internetu płaci się ryczałtowo i właściwie płaci się za każdy bit ściągniętej informacji. To oznacza, że każdy klik trzeba odnotować – to oznacza naprawdę śledzenia całego ruchu generowanego na tym komputerze. I pojawia się problem ochrony prywatności w stosunku do rozliczania się z cyfrowych praw intelektualnych. Ten problem dotyczy dzisiaj usług konwergentnych i tak naprawdę dostawców treści, ale skoro można uznać, że przejście na nowe technologie konwergentne jest nieuchronne, zmierzenie się z nowym systemem rozliczania czeka w zasadzie całą komunikację elektroniczną. To palący problem – sytuacja wymaga całościowych i zupełnie nowych rozwiązań. |