|
|
|
Rynek coachingu z dobrymi perspektywami
29.07 10:32
itelligence wspiera Prettl Adion Polska
21.07 12:35
|
Czeka nas echo kryzysu
W czasie kryzysu polskie firmy pokazały dużą elastyczność. Zaczęły ciąć koszty, a niektóre zdecydowały się przenieść część obowiązków na inne podmioty. O sile naszej gospodarki będzie świadczyło to, czy za pięć lat już w trendzie wzrostowym będziemy notować wyniki na poziomie +3 czy +6% – mówi Krzysztof Rybiński, partner w Ernst&Young.
W przyszłym roku doświadczymy jeszcze czegoś, co nazwałbym dość poważnym echem kryzysu. Będzie miało ono łagodniejszy przebieg niż kryzys w pierwszej fazie, jednak go nie unikniemy. A to dlatego, że po nowym roku zaczną kończyć się rządowe programy pomocowe, które teraz nakręcają gospodarki w wielu krajach dotkniętych kryzysem. Pieniądze, które dzisiaj rządy pompują w rynek, będzie trzeba przecież jakoś oddać. A to oznacza, że nieunikniona wydaje się podwyżka podatków, by w jakiś sposób walczyć z rosnącym zadłużeniem. Tak więc w przyszłym roku globalną gospodarkę czeka lekka zapaść i dopiero potem wejdziemy na ścieżkę trwalszego wzrostu gospodarczego. Polska jednak cały czas notuje wzrost gospodarczy. Drugi kwartał zamknęliśmy z dodatnim wynikiem PKB na poziomie +1,1%. Mamy się więc w ogóle czym martwić? Wbrew pozorom nie jest to powód do wielkiego optymizmu. Dodatni wynik PKB to w największej mierze rezultat struktury naszej gospodarki. Wielkość udzielonych przez banki kredytów wciąż jest o wiele niższa niż w krajach zachodnich, nasze instytucje finansowe nie inwestowały w toksyczne aktywa za granicą, mamy potężny rynek wewnętrzny i niski udział eksportu w PKB. Do tego naszym firmom pomogło osłabienie złotego. I z takiego punktu widzenia nie ma większego znaczenia, czy notujemy zmianę PKB na poziomie +1 czy -1%. O prawdziwej sile naszej gospodarki będzie świadczyło to, czy za pięć lat już w trendzie wzrostowym będziemy notować wyniki na poziomie +3 czy +6%. Bo właśnie ta różnica będzie miała zdecydowanie większy wpływ na poziom życia ludzi. Czyli trudno w naszym wzroście upatrywać skutków działań rządu? Co najwyżej rządów innych państw. Programy pomocowe, np. w Niemczech, pomogły polskiemu sektorowi motoryzacyjnemu. Nasz rząd jak na razie nie pomógł przedsiębiorcom. Firmy same wydobyły się ze swoich problemów. Przecież powstał pakiet antykryzysowy. Faktycznie powstał, tylko gdy już było na niego za późno. Pakiet był niezwykle potrzebny na początku roku. Wówczas firmy miały największe problemy z kredytami, pojawił się problem opcji walutowych, na rynku zapanowała panika. Tymczasem tworzenie pakietu przeciągało się, a gdy już powstał, okazał się niewypałem. Bo po pierwsze, pojawił się zbyt późno, a po drugie, skorzystanie z niego wiąże się dla przedsiębiorców z uciążliwymi procedurami i dużymi kosztami. Podobnie jak w przypadku kredytów preferencyjnych z czasów Marka Pola okazało się, że oferta bankowa jest po prostu tańsza. Jak w takim razie firmy poradziły sobie z kryzysem? To zależy od sektora. Generalnie można śmiało stwierdzić, że firmy pokazały dużą elastyczność. Spodziewając się spadku zamówień, zaczęły ciąć koszty. Oczywiście ucierpieli na tym zwalniani ludzie, ale wiele firm nie miało innego wyjścia. Poza tym wyraźnie widać było przyhamowanie nowych inwestycji i spadek zapasów. Firmy wolały z nich korzystać i nie zadłużać się. A sektor usługowy? Czy outsourcing okazał się skutecznym sposobem na walkę ze spowolnieniem? Podobnie jak każda inna metoda, która pozwoliła ciąć koszty. Z tego powodu niektóre firmy decydowały się przenosić część obowiązków na inne podmioty, ale na razie dość trudno jest szacować skalę tego zjawiska. Te wszystkie działania okazały się skuteczne? Tak. Do tej pory bezrobocie nie wzrosło tak, jak przewidywały najczarniejsze prognozy. Najbardziej realny scenariusz wydaje się taki, że szczyt bezrobocia osiągniemy pod koniec przyszłego roku. Widać, że firmy liczą na ożywienie w gospodarce i cały czas wstrzymują się z cięciami etatów na taką skalę, na którą mogą się zdecydować, jeżeli odbicie nie nadejdzie. Mam jednak nadzieję, że czarny scenariusz się nie sprawdzi. Cały czas utrzymujemy także wysoki poziom sprzedaży detalicznej, co oznacza, że wielu ludzi nie boi się o miejsca pracy i cały czas konsumuje. A to z kolei pomaga samym firmom, które dzięki temu mają zbyt na rynku wewnętrznym. Wyraźnie widać jednak, że banki cały czas nie chcą pożyczać przedsiębiorcom pieniędzy. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego akcja kredytowa stoi w miejscu? Bo na rynku cały czas brakuje zaufania. Banki boją się strat spowodowanych „złymi kredytami” zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych. Dla nich sytuacja gospodarcza wciąż jest jeszcze niepewna. Stąd duża ostrożność w kredytowaniu przedsiębiorców. Jaki argument mógłby zatem przekonać bankowców do zmiany zdania? Obawiam się, że żaden. Rząd na razie nie potrafi skutecznie wziąć na siebie części ryzyka i udzielić skutecznych gwarancji i poręczeń. Pozostaje więc czekanie na polepszenie globalnej koniunktury, które pokaże, że kryzys już za nami. Dopiero wówczas banki zdecydują się znów zwiększyć akcję kredytową. Myślę, że nastąpi to dopiero w 2011 r., a przyszły rok upłynie nam pod znakiem dużej ostrożności w udzielaniu kredytów dla firm, a kryteria ich przydzielania mogą się nawet zaostrzać. Wśród ekonomistów i polityków pojawiają się głosy, że to brak euro pomógł nam przetrwać kryzys. Zgadza się Pan z taką opinią? Stawianie takiej tezy oznacza spłycanie tego tematu. Oczywiście, że osłabienie złotego pomogło przede wszystkim polskim eksporterom, ale wcale nie oznacza to, że nie powinniśmy się spieszyć z wejściem do strefy euro. Ale przecież wprowadzenie euro nie wybawiło z poważnego kryzysu chociażby Słowacji. Słowakom zaszkodziły inne czynniki. Po pierwsze, struktura gospodarki oparta przede wszystkim na eksporcie, a po drugie, kurs, po którym przyjęli oni wspólną walutę. Moim zdaniem, kurs wymiany był przewartościowany o co najmniej 15% i właśnie to w tej chwili dodatkowo dobija słowacki eksport, a tym samym wzrost gospodarczy. Polska może z tego wyciągnąć jakąś naukę na siebie? Tak. Euro trzeba przyjąć jak najszybciej, choć patrząc realnie nastąpi to pewnie dopiero w 2015 r. Jednak już teraz rząd i Narodowy Bank Polski powinny pilnować kursu złotego, by polska waluta zbyt szybko się nie umacniała. Chodzi o to, by kursem, po którym przyjmiemy wspólną walutę, pogodzić interesy eksporterów, importerów, jak i konsumentów. Myślę, że taki kurs równowagi znajduje się w okolicach 4 zł za euro. Pozwoli on Polsce na to, by już po kryzysie przystąpić do budowania większej pozycji w handlu zagranicznym. Nasza gospodarka i nasi przedsiębiorcy muszą bezwzględnie pokazać, że chcą być konkurencyjni nie tylko na rynku wewnętrznym, ale również na rynkach zagranicznych. Rozmawiał Łukasz Pałka Krzysztof Rybiński – doktor habilitowany nauk ekonomicznych. Obecnie pracuje jako partner w firmie doradczej Ernst&Young. W latach 2004–2008 był wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego. Wcześniej pracował jako główny ekonomista w bankach ING, BPH i BZ WBK. |