|
|
|
Weź udział w wirtualnym spotkaniu z CRM!
17.01 11:41
Polski rynek faktoringu wzrósł o 19% w 2011 r.
12.01 09:30
Rośnie popularność faktoringu wśród firm MSP
12.01 09:28
Sektor nowoczesnych usług biznesowych
30.11 10:11
Coraz więcej kompleksowych umów
30.11 10:07
Wyzwania rynku logistycznego
30.11 10:05
Outsourcing 2011 – czas dynamicznej ewolucji
30.11 10:02
|
Statkiem jest taniej
Regularny transport kontenerów drobnicowych z USA do Polski drogą morską może być teraz atrakcyjną usługą dla firm borykających się z kryzysem – mówi w rozmowie z nami Piotr Iwaniuk, prezes DHL Global Forwarding w Polsce.
Zdecydowanie. Widzimy to wyraźnie, ponieważ obsługujemy przedsiębiorców zajmujących się zarówno eksportem, jak i importem. Umacniający się w ciągu ostatnich dwóch lat kurs złotego, potem niespodziewane jego załamanie i spadek konsumpcji w USA w ubiegłym roku sprawiły, że firmy eksportujące do Stanów, na przykład artykuły spożywcze, odczuwały poważne problemy związane z opłacalnością. W rezultacie zredukowały liczbę towarów wysyłanych za ocean nawet o połowę. Odbiło się to na frachcie lotniczym, który odnotowuje ok. 20-procentowy spadek wolumenu w stosunku do analogicznego okresu w 2008 r. Bywa, że spadki wynoszą nawet 40%. Najlepszym dowodem jest przykład jednego z naszych klientów, który regularnie wysyłał samolotem kilka ton pomidorów do USA. Gdy dolar mocno spadł, po prostu przestało mu się to opłacać. Przewożenie ładunków samolotami uchodzi za najdroższe. Jakie alternatywę ma przedsiębiorca, który musi z innych kontynentów sprowadzać towar albo komponenty do produkcji? Tańszy jest transport morski. I, oczywiście, firmy bardzo szybko zainteresowały się tą formą spedycji. Trzeba jednak pamiętać, że nie dla każdej branży jest to dobre rozwiązanie. Jeśli ktoś oczekuje, że podzespoły do produkcji wysłane statkiem będą w porcie docelowym w wyznaczonym terminie, musi liczyć się z tym, że ryzyko spóźnienia jest znacznie większe niż w przypadku wysłania ich samolotem. W transporcie lotniczym można bardzo precyzyjnie ustalić czas dostawy. Korzystają z tego m.in. producenci z branży motoryzacyjnej, którzy często zamawiają transport danych podzespołów w modelu just in time. Przewóz tego typu ładunków wolniejszym statkiem, który w sytuacji awarii jest unieruchomiony gdzieś setki kilometrów od portu może oznaczać, że przedsiębiorstwo musi zrobić przestój, bo nie ma części potrzebnych do produkcji. W pierwszych miesiącach kryzysu zdarzały się sytuacje, że klienci, kierując się wyłącznie względami kosztowymi, wysłali towar frachtem morskim. Szybko okazywało się jednak, że ze względu na specyfikę ich biznesu muszą powrócić do frachtu lotniczego. Jest jednak światełko w tunelu gdyż zauważamy powolne ożywienie eksportu na kierunku Polska – USA właśnie z wykorzystaniem frachtu morskiego. Dla kogo więc dobrym rozwiązaniem może być transport morski? Dla firm, które nie mają tak silnej presji czasowej. To mogą być przedsiębiorstwa zajmujące się handlem i planujące sprzedaż z większym wyprzedzeniem. Wbrew powszechnym wyobrażeniem nie trzeba być wielką korporacją, zamawiającą tysiące ton towarów żeby skorzystać z takich możliwości. Dostępny jest również serwis dla mniejszych ładunków – powiedzmy trzech palet. Jak to wygląda w praktyce? Kontenery są zapełniane drobnicowym ładunkiem kilku zleceniodawców. Ten system określany jest mianem LCL (Less than Container Load). Idea jest taka, że nawet w przypadku, gdy kontener nie jest w całości wypełniony i tak wypływa określonego dnia zgodnie z określonym harmonogramem. Jako operator zapewniamy regularne rejsy frachtem LCL między danymi portami – to usługa direct box. Dla klienta to wygoda, bo nie musi czekać z wysyłką, aż uzbiera mu się odpowiednio dużo towarów, albo przepłacać za wspomniane trzy palety w kompletnie pustym kontenerze. Oczywiście, zwykle – zanim uruchomimy regularne połączenie LCL – badamy jak duże jest zainteresowanie firm transportem między danymi lokalizacjami, by w dłuższym czasie nie przynosiło to nam strat. Stąd potrzeba logistycznych hubów konsolidacyjnych – takich jak w Nowym Jorku, który obsługuje całe USA – albo w Bremen – dla Europy Środkowej. Skąd lub dokąd możemy z Polski wysyłać ładunki w systemie LCL? Od dwóch lat oferujemy usługę direct box z Szanghaju, Hongkongu i Ningbo w Chinach do Polski. Natomiast od stycznia obsługujemy nowe połączenie między Nowym Jorkiem a Łodzią. Wolumen przesyłek z USA do Polski był tak duży, że zdecydowaliśmy się na wprowadzenie takiej usługi. Wcześniej kontenery ze Stanów zawijały do portu w Bremen, gdzie kilka dni trwało porozdzielanie ładunku na kraje docelowe, w tym Polskę. Teraz są przywożone w całości do Łodzi, co znacznie skraca czas transportu. Pozwala to zaoszczędzić od 4 do 13 dni, zależnie od regionu Stanów, z którego wychodzi przesyłka, a przeciętnie tydzień. Regularny serwis drobnicy z USA może być atrakcyjny dla firm borykających się obecnie z kryzysem. Również tych, które dotychczas zamawiały setki kontenerów, a redukując koszty szukają tańszych możliwości. Myślimy już o objęciu tą usługą krajów bałtyckich, które sprowadzają zbyt mało przesyłek drobnicowych, by stworzyć bezpośredni serwis do nich. Przymierzamy się także do uruchomienia następnych połączeń Polski z portami w Azji i z Ameryką Południową. Czy krótszy czas transportu to jedyna korzyść z regularnego serwisu LCL z USA do Polski? Nie, to jeszcze dodatkowo mniejsze koszty oraz stały harmonogram rejsów. Dodatkowo, aby zachęcić przedsiębiorców do zwiększenia wymiany handlowej, na tym kierunku wprowadziliśmy promocję cenową, która będzie trwała do końca czerwca 2009 r. To nasz drobny wkład w walkę ze stagnacją gospodarczą. Rozmawiał Bartosz Wawryszuk |