Szukaj:

2009-03-30 11:53
Bez eksperymentów
Dla usługodawców jest teraz moment, w którym wszystkie firmy – do tej pory nie korzystające z outsourcingu – mogą się szybciej zdecydować na taki model – mówi w rozmowie z nami prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCoopers.
Obecna, kryzysowa sytuacja gospodarcza zmusza wiele przedsiębiorstw do cięć kosztów i drastycznych posunięć związanych np. z redukcją zatrudnienia. Jaką rolę może w tych czasach odegrać outsourcing?
Outsourcing jest procesem, który funkcjonował w przeszłości, trwa teraz w czasie kryzysu i będzie wykorzystywany w przyszłości. To jest optymalizacja działania, która ma spowodować, że firma będzie się rozwijała lepiej, dawała zyski i dochody. Mówimy więc o zjawisku obiektywnie występującym w zarządzaniu firmami. Można zadać sobie pytanie, czy w sytuacji, kiedy na rynku jest trudno, będzie presja na przyspieszenie lub spowolnienie rozwoju tego modelu. A to zależy od rodzajów przedsiębiorstw. Firmy, które żyją z outsourcingu, muszą się liczyć z tym, że czasami koszula jest bliższa ciału i klient podejmie decyzję o ograniczeniu korzystania z usług i zakupów u partnera, żeby nie zwalniać własnych pracowników.
Z drugiej strony, zawsze w czasach kryzysu jest tak, że presja na wyniki, na utrzymanie pozycji rynkowej jest bardzo silna i się wzmaga. A ponieważ outsourcing służy temu, by poprawiać sytuację firmy, niewykluczone, że będziemy mieli do czynienia z przyspieszeniem w branży outsourcingowej. Jednoznacznie nie można odpowiedzieć, ponieważ na krótką metę może wystąpić zahamowanie w branży, ale na dłuższą – procesy outsourcingowe nie ustaną.

Które branże albo sektory gospodarki mogą być obecnie podatne i bardziej otwarte na korzystanie z outsourcingu?
Coraz rzadziej godzę się mówić o sektorach gospodarki. W każdej branży są firmy lepiej i gorzej zarządzane. Od ich organizacji, ich sytuacji będzie zależało to, w jaki sposób się zachowają. Są z całą pewnością dziedziny, gdzie jest łatwiej outsourcować, bo zostało to już przećwiczone przez innych. Na przykład usługi księgowe to procesy, które w outsourcingu już nie budzą niczyjego zdumienia. Ja bym raczej zastanawiał się, w których dziedzinach mamy szanse na przyspieszenie outsourcowania. Sądzę, że właśnie tam, gdzie ścieżki są już wydeptane, gdzie nie ma ryzyka. Dla firm będzie jasne, że jest to sposób na oszczędności w ciężkich czasach. Znacznie mniej będzie, moim zdaniem, eksperymentów. Czyli prób outsourcowania w dziedzinach, gdzie jeszcze nie przetestowano takiego modelu. Kluczowa w takich przypadkach będzie kwestia rozpoznania ryzyka.
Dla usługodawców teraz jest na pewno moment, w którym wszystkie zapóźnione firmy, dotychczas niekorzystające z outsourcingu, mogą się szybciej zdecydować na takie rozwiązanie.

A czy trudny dla wielu przedsiębiorstw czas i konieczność szukania wyjścia z krytycznych sytuacji sprawi, że firmy konsultingowe będą miały więcej pracy?
Firmy konsultingowe są potrzebne zarówno wtedy, kiedy jest dobrze, bo pomagają się rozwijać, ale i wówczas, gdy sytuacja jest trudna. Doradzają, jak uzyskać oszczędności i radzić sobie ze spadającymi zyskami i sprzedażą. Trzeba jednak pamiętać, że mimo wszystko zawsze łatwiej znaleźć pieniądze na wynajęcie konsultanta, kiedy kasa jest pełna, niż gdy świeci pustkami. Zapotrzebowanie na usługi doradcze, konsultingowe z całą pewnością teraz rośnie. Ale zwiększy się też ostrożność klientów w wydawaniu pieniędzy. Dla firm doradczych to wcale nie jest dobry okres. Naprawdę jest bardzo niewiele firm lubiących recesję.
Bo nawet jeśli firmy doradcze mają co robić, to problem w tym, że ich klienci nie zawsze dysponują wtedy pieniędzmi, żeby te potrzebne usługi kupić. Tak jak inni są częścią gospodarki i razem z nią kwitną, kiedy się rozwija, ale też cierpią, gdy jest ciężko. Oczywiście, takie firmy zmieniają swoje działanie w zależności od sytuacji i mają na szeroki wachlarz usług. Sytuacja jest jednak taka, że wszyscy jedziemy na jednym wózku i z tym się trzeba liczyć.

Czy branża konsultingowa ma przygotowane specjalne usługi na czas spowolnienia?
Jest oczywiste, że są usługi, które najlepiej oferować wtedy, kiedy jest trudno. Najbardziej renomowane firmy konsultingowe nie pierwszy raz mają do czynienia z recesją i nie pierwszy raz przeżywają kryzys. Generalnie to jest bardzo doświadczona branża, która funkcjonuje od dekad i jest przystosowana do takich sytuacji. Ale to nie znaczy, że firmy doradcze są szczęśliwe. Jak sądzę, wszystkie wolałby doradzać, jak osiągnąć szybki wzrost, a nie jak przetrwać gospodarczy krach.
Zwłaszcza że oczekiwania klientów w obecnej sytuacji są znacznie większe. Jednocześnie wzmaga się nacisk na to, by wydać jak najmniej pieniędzy, co nie jest dla konsultantów komfortową sytuacją. Reguły są jednak nieubłagane – dobre firmy doradcze muszą się sprawdzać w czasach trudnych i dobrych. Ideałem jest bycie uznawanym jako trusted adviser – czyli doradca, któremu się zawsze ufa, który w ciężkich sytuacjach ma większe pole do popisu. I wtedy jego usługi bardziej się ceni.

Czy obecna sytuacja gospodarcza Polski jest jeszcze skutkiem strachu wobec załamania w krajach zachodnich, czy stała się już rzeczywistym spowolnieniem?
Mamy już bardzo wyraźne spowolnienie. Jeszcze przez pierwsze trzy kwartały 2008 r. gospodarka rozwijała nam się w tempie 5–6%. W czwartym kwartale to tempo wyraźnie spadło, w mojej ocenie do poziomu niewiele ponad 2%. Co więcej, jest ryzyko, że ten wskaźnik dalej będzie się obniżać. Fala kryzysu do nas doszła. Zresztą zdrowy rozsądek mówił, że tak będzie, ponieważ jesteśmy już zbyt mocno związani z gospodarką światową, zwłaszcza zachodnioeuropejską, by móc nie odnotować takich zjawisk, które tam nastąpiły.
Mieliśmy pewne fory, bo w sumie przez większą część ubiegłego roku gospodarka siłą rozpędu posuwała się szybko do przodu. Teraz liczmy się już z realnymi konsekwencjami kryzysu. Pytanie tylko, jak długie będzie spowolnienie.

Jakie są Pana przewidywania?
W tym roku na pewno będzie gorzej. Najważniejsze jest to, co się będzie działo w kolejnych kwartałach. Oczekiwałbym, że pod koniec roku gospodarka wyhamuje do zera, a może nawet niżej. W skali roku wskaźnik tempa wzrostu będzie, oczywiście, wyższy, ale w czwartym kwartale będę zadowolony jeśli utrzyma się na zerowym poziomie. A może być i gorzej. Dla mnie bardziej istotna jest kwestia, kiedy gospodarka znowu ruszy do przodu. To, niestety, jest bardzo wielka niewiadoma. Większa nawet od tego, o ile spadnie dynamika wzrostu.
Dla polskiej gospodarki ważniejsze jest tak naprawdę, czy dynamika wzrostu na poziomie zero lub niższym utrzyma się przez jeden kwartał i potem zacznie wzrastać, czy ten okres będzie dłuższy i np. potrwa rok. Krótkotrwałe wyhamowanie tak naprawdę nie będzie dla nas bardzo mocno odczuwalne.

Co, Pana zdaniem, powinien zrobić rząd w obecnej sytuacji?
Pierwsza odpowiedź jest taka, że większość przyczyn zarazy, która do nas doszła, tkwi za granicą. I na to nasz rząd nic nie może poradzić. Choćby na spadający eksport czy słabnące inwestycje zagraniczne. Ale można starać się, by do tych problemów, które przyszły do nas z zewnątrz, nie doszły jeszcze inne.
Trzeba więc dbać o to, by nie doszło w Polsce do zablokowania kredytów dla przedsiębiorców. Można postarać się o to, by konsumenci kupujący mieszkania nie ograniczali aż tak swoich zakupów, jak obecnie. Można wyraźnie wspierać firmy i pracowników w szukaniu rozwiązań uelastyczniających czas pracy. Po to, żeby był mniejszy wzrost bezrobocia. Kosztem, oczywiście przejściowo, zmniejszonych dochodów, ale z zachowaniem miejsc pracy. To jest bowiem czynnik, który mocno będzie wpływał na postawy konsumentów.
Zależność jest w tym przypadku dość prosta. Ludzie już niepokoją się wzrostem bezrobocia i ograniczają konsumpcję, co nie pozostaje bez wpływu na rynek. Jest więc ważne, by w Polsce nie doszło do masowego bezrobocia, zarówno ze względów społecznych, jak i ekonomicznych.
Dopóki ludzie wiedzą, że mają pracę, choć okres jest może gorszy ze względu na mniejsze zarobki, to zachowują się inaczej, niż gdy boją się zwolnienia.
Rząd mógłby też działać w innych sferach. Pierwszoplanowa jest kwestia sprawniejszego używania pieniędzy z dotacji Unii Europejskiej. To jest naprawdę rodzaj prezentu od losu, bo mamy dzięki temu możliwość wyraźnej poprawy koniunktury przez zwiększenie inwestycji strukturalnych. I to przejściowo może zrekompensować spadek inwestycji prywatnych.
Wiadomo jednak, że przeszkody w wykorzystaniu unijnych dotacji leżą głównie po stronie biurokratycznej. Chodzi o pewne procedury takie np. jak uruchomienie gwarancji kredytowych i spowodowanie, żeby stały się prostsze. To jest trudne, ale tego oczekuje się od rządu. To jest sprawa kluczowej wagi.

Zatem pomysł, by na przykład samorządy mogły a konto unijnych dotacji zaciągać kredyty, jest dobry.
Jak najbardziej. Potrzebne są właśnie takie usprawnienia, które pobudzą więcej inwestycji.

A jakie alternatywy związane z ograniczaniem kosztów – oprócz redukcji zatrudnienia – mają przedsiębiorcy? Czy można uniknąć w kryzysie zwalniania pracowników?
Firmy czasem muszą dokonywać zwolnień. Zwłaszcza jeśli spada popyt na ich produkcję i pracę. Wtedy nie ma siły, jakoś trzeba się do tego dostosować i przedsiębiorca musi to przetrwać więc właśnie tak obniża koszty.
Istota problemu polega na tym, że w czasach recesji nie wolno zapominać o długookresowym rozwoju firmy. A pozyskanie i utrzymanie najlepszych ludzi z punktu widzenia potrzeb przedsiębiorstwa jest kluczowe. W czasach recesji raptem okazuje się, że mamy za dużo pracowników, ale spowolnienie mija i okazuje się, że trzeba na nowo szukać ludzi. Na nowo szkolić dużym kosztem. Mało kto się z tym liczy, bo przy dobrej koniunkturze są pieniądze.
Dlatego politykę kadrową firmy, politykę rozwoju kapitału ludzkiego, trzeba rozpatrywać długoterminowo. Konieczny jest więc kompromis między krótkookresowym dążeniem do oszczędności – a na krótką metę najłatwiej osiągnąć to zwalniając ludzi – a długookresowym, by jak najwięcej ludzi utrzymać w firmie.
Rozwiązaniem powszechnie stosowanym przez dojrzałe firmy, chociaż nie jest to metoda na wszystkie problemy, jest labour hoardnig, czyli utrzymywanie zatrudnienia ludzi nawet w sytuacji, gdy nie ma zapotrzebowania na ich pracę.

Jak to wygląda w praktyce?
To jest świadome popadanie w większe koszty, ale z perspektywą uniknięcia jeszcze większych wydatków w przyszłości. A co najważniejsze – dzięki temu nie straci się ludzi. Idealnym rozwiązaniem jest dobrowolne porozumienie z pracownikami w sprawie ograniczenia czasu pracy. Po to, by utrzymać zatrudnienie. Ludzie pracują krócej za mniejsze pieniądze. To jest dobre dla wszystkich, w tym również dla państwa, które nie musi płacić bezrobotnym zasiłków. Tak działają dojrzałe gospodarki, w których firmy starają się dochodzić do porozumienia z pracownikami, by skala zwolnień była jak najmniejsza.
Poza tym menedżerowie wiedzą, że najlepszych pracowników trzeba wiązać z przedsiębiorstwem. Najlepiej udaje się to w trudnych czasach. Kiedy jest dobra koniunktura, mamy raczej do czynienia z powszechnym przekupowaniem pracowników, przy czym ktoś z grubszym portfelem może ich nam podebrać. Trwalej można wiązać człowieka, gdy jest trudno, oferując rozwiązania, które są najmniej bolesne i powodują najmniejsze kłopoty. To pozwala wszystkim zachować poczucie normalności, ale wymaga również od wszystkich zrozumienia.

Rozmawiał Bartosz Wawryszuk

Prof. Witold Orłowski – makroekonomista, specjalizujący się w problematyce transformacji gospodarczej i integracji europejskiej krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Były doradca ekonomiczny prezydenta RP. Dyrektor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, współzałożyciel Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych oraz główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCoopers Polska.
© 2004-2010 Copyright © Forum Press Sp. z o.o.
Powered by +CMS and JamnikCMS